INSPIRACJA

Doceniając innych, doceniasz też siebie.

Doceniać siebie można w każdej niemalże  sytuacji. A przynajmniej warto stwarzać sobie takie możliwości i na pewno wykorzystywać sytuacje, które temu sprzyjają. 

Historia, która mi się przydarzyła, po raz kolejny pokazała mi, że warto przekraczać własne granice. Warto też zauważać sygnały, jakie docierają do nas z otoczenia po, to aby  doświadczać tego, co powoduje, że doceniamy siebie i bardziej  czujemy się szczęśliwsi.

Miał to być koncert portugalskiego artysty młodego pokolenia, Marco Oliverira. Skoro On przyjechał aż z Lizbony, to co to dla mnie znaczy przejechać niecałe 200 km, by spędzić wieczór z muzyką Fado.

Tego popołudnia nie towarzyszył mi pośpiech. Po przyjeździe do hotelu okazało się, że pokój nie jest jeszcze gotowy, więc miałam dość czasu, aby porozglądać się po hotelowych przestrzeniach.

Najpierw moją uwagę przykuła grupa osób w hotelowej restauracji. Pomyślałam nawet, że wyglądają, jak Portugalczycy. I to skojarzenie wywołało uśmiech na twarzy. Potem okazało się, że oni nie tylko wyglądają jak Portugalczycy, ale że to są Portugalczycy. I to właśnie Ci, dla których tu przyjechałam.

Poczułam ogromną potrzebę podejścia do nich i przywitania się. Pierwsza myśl ta była szalona i ekscytująca zarazem. Przecież właśnie po to uczę się portugalskiego, aby rozumieć muzykę fado i by rozmawiać w tym języku. Z drugiej strony nie miałam dość odwagi, aby to zrobić i podjeść do nich.

Podzieliłam się tym przemyśleniem z mężem, abyśmy podeszli i przywitali się. Szczerze rozbawiłam go swoją propozycją, niemalże nierealną. Rozmawialiśmy co prawda o tym, co można byłoby im powiedzieć, gdybyśmy jednak zdecydowali się podjeść. Jednak poszliśmy w kierunku hotelowego wyjścia.

Nie ma przypadków

Im dłużej wtedy o tym myślałam, to z każdą sekundą bardziej czułam, że tracę coś bardzo ważnego. Ulotną chwilę, która była mi dana, a ja jej nie wykorzystałam należycie. Poczułam, że nie mogę i zdecydowałam, że nie zostawię tego tak. 

Po pierwsze, to nie był przypadek, że tam byliśmy. Po drugie, to nie był przypadek, że oni tam byli. A po trzecie, to była sytuacja, którą trzeba było wykorzystać.

A takich okazji nie można lekceważyć, bo drugi raz już się nie powtórzą. I wróciliśmy.

Weszliśmy do restauracji i przywitaliśmy się z ludźmi, którzy nas nie znali. A ja czułam, że ich znam. Ich głosy, muzykę i śmiech. Niesamowite uczucie. Marco był chyba trochę zaskoczony tym, że ktoś powiedział do niego w jego ojczystym języku. Wymieniliśmy uściski i te ważne dla mnie słowa. Słowa uznania dla tego, co robi. 

Nie zależało mi na autografach, ani na zdjęciach. Nie potrzebowałam tego. Potrzebowałam podziękować mu za to, co robi i za jego twórczość. I zrobiłam to.  Wygrałam tę walkę myśli jakie toczyły się wcześniej w mojej głowie i zaspokoiłam swoją potrzebę.

Ważna lekcja o sobie

Nauczyłam się też czegoś ważnego o sobie. Jeżeli tylko jestem uważna i podążam za własną intuicją, to wszystko jest możliwe. I nawet to, że mój portugalski nie był wtedy jeszcze dobry, nie miało większego znaczenia. Znaczenie miało to, czy miałam odwagę coś zrobić. Czy miałam odwagę, aby zrobić to, co wewnętrznie czułam, że chcę zrobić – podejść do drugiego człowieka, aby podziękować mu za to, że jest. Tak po prostu.

To tylko tyle. I aż tyle.

Byłam wtedy z siebie ogromnie dumna. I jestem przekonana, że jeżeli o czymś się myśli snując plany jak by to było, to warto te plany urealnić, póki jest jeszcze taka możliwość. I zrobić to, co się chce. Nawet jeżeli wymaga to przełamania własnych obaw i lęków. Warto to robić, chociażby też po to, żeby później móc doceniać siebie za to, co się zrobiło. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *